Krajobraz naszego miasta już od wielu lat wzbogaca
budynek młyna przy ul. Mickiewicza. Jeszcze nie tak dawno straszył
zniszczoną elewacją, pordzewiałym dachem. Został wybudowany w 1905
roku. W przyszłym roku przypada więc 100 rocznica. Właścicielem
młyna jest Leszek Tutka, mieszkaniec Niska.
Leszek Tutka z wykształcenia, trzydziestoletniej praktyki i
umiłowania zawodu, jest młynarzem. Urodził się
w Biłgoraju, wychował w Tarnogrodzie, a los rzucał go w różne
zakątki kraju. Przeszedł wszystkie szczeble młynarskiego wtajemniczenia.
Ukończył Technikum Młynarskie we Wrocławiu, a wiedzę pogłębił studiami
na Wydziale Ekonomiki i Organizacji Przedsiębiorstw w filii
UMCS w Rzeszowie. Tematem jego pracy magisterskiej była efektywność
inwestycji.
Po ukończeniu technikum, jego przyjaciel,
przedwcześnie zmarły Franciszek Tofilski, zaproponował mu objęcie
stanowiska zastępcy kierownika do spraw produkcji w niżańskim
młynie. Propozycja była kusząca - wyższe zarobki, praca dla
żony, mieszkanie w bloku, ale przede wszystkim możliwość sprawdzenia
posiadanych kwalifikacji i szansa samorealizacji. W 1970 roku
przybył więc Tutka do Niska i w tamtejszym młynie przepracował osiem
lat. Praca ta dawała mu wiele zadowolenia, ale jako młody człowiek
uległ pokusie dalszego awansu
i przeszedł do Spółdzielni Kółek Rolniczych w Nisku na stanowisko
wiceprezesa do spraw technicznych. Mimo dobrych efektów w pracy,
nie widział się jednak dłużej w tym zakładzie - widział siebie tylko
przy kamieniach młyńskich.
Jego przyjaciel - Jan Łuszczek, młynarz z Tarnogrodu, poinformował
go, że w Rudniku jest młyn do wzięcia
w użytkowanie. Niedługo wahał się z podjęciem decyzji. Początkowo
miał jednak obawy. Miał przecież dobrze płatną pracę, stałą
posadę. Ostatecznie zdecydował się.
Młyn znajdował się w opłakanym stanie. W oknach nie było ani
jednej szyby, a cały budynek wymagał remontu. Upór, energia
i młynarska pasja przezwyciężyły trudności.
24 listopada 1981 roku, Leszek Tutka podpisał z Gminną Spółdzielnią
"SCh" w Rudniku - ówczesnym użytkownikiem młyna -
umowę o przejęciu go w agencję i rozpoczął pracę nad jego uruchomieniem.
Potrzeba było dużo pieniędzy i co najmniej roku, aby młyn mógł
zacząć pracować. Oprócz doprowadzenia budynku do stanu używalności,
zużyte i przestarzałe maszyny i urządzenia, też wymagały remontu.
Wziął więc Tutka 100 tysięcy złotych kredytu, zaparł się, zakasał
rękawy. Remontował maszyny, szklił okna, wyładowywał zboże, sam sypał
je na walce, sam wsypywał mąkę do worków. Pracował szesnaście
godzin na dobę.
Produkcja ruszyła już 13 lutego 1982 roku, co wielu wprawiło
w nie lada zdumienie. Wcześniej wielu podejmowało próby uruchomienia
tego młyna, ale szybko wycofywało się z tak ryzykownego przedsięwzięcia.
Leszek Tutka dokonał więc czegoś niemożliwego.
Przez pięć lat borykał się z wieloma problemami, spłacał kredyt.
Pierwszy sukces stał się jednak bodźcem do dalszych działań.
Pragnął zmodernizować młyn, by mógł on sprostać konkurencji. Koniecznością
stało się wprowadzenie nowego profilu produkcji - przerobu gryki
na kaszę.
W 1985 roku, za zgodą Gminnej Spółdzielni, w nie zagospodarowanej
dotąd części młyna, urządził kaszarnię.
Był to dobry pomysł, a produkcja przynosiła zyski. W dwa lata
później, kiedy uruchomiono w okolicy wiele nieczynnych wcześniej
młynów i nastąpił kryzys w przemiale zbóż, Leszek Tutka zrezygnował
z produkcji mąki. Rudnicki młyn przy przestarzałych maszynach,
nie gwarantował dobrej jakości mąki i popyt zmalał.
W tej sytuacji Tutka uruchomił drugą linię przerobową gryki
o mocy 10 ton na dobę, bo musiał jakoś wybrnąć
z tej niekorzystnej sytuacji. Sam ją zaprojektował, sam nadzorował
jej wykonanie przez rudnickich rzemieślników. Decyzja zmiany
profilu produkcji, okazała się w tamtych czasach słuszna. Kaszarnia
zaspokoiła bowiem potrzeby rynku wewnętrznego, a kaszę eksportowano
na Ukrainę, do Czech i USA.
W 1989 roku zawisły nad młynem
czarne chmury. Otwarcie granic, liberalizacja handlu spowodowały napływ
kaszy ze wschodu po konkurencyjnych cenach. Odeszli nabywcy,
a chłopi przestali uprawiać grykę.
W rok później, Leszek Tutka, jako delegat Stowarzyszenia Młynarzy
RP, wyjechał do Francji i Niemiec, gdzie zwiedził nowoczesne
zakłady zbożowe.
W jednym z nich znalazł urządzenie, które mógł wykorzystać w
rudnickim młynie. Był to młyn kamienny do przemiału zbóż na
mąkę razową. Zakupił go i szybko zainstalował w swoim młynie. Byt
to strzał w dziesiątkę. Nowoczesne urządzenie produkowało mąkę
najwyższej jakości, a duży popyt przyniósł znaczne zyski.
Leszek Tutka inwestował w młyn. choć nie był jego właścicielem.
Wszystko to odbywało się jednak za zgodą
Gminnej Spółdzielni.
Przemiany ustrojowe, jakie nastąpiły w 1989 roku otwierały szansę
nabycia młyna i w tym kierunku Tutka podjął starania. Młyn,
który będąc własnością Skarbu Państwa, podlegał władzom miasta, został
przekazany w 1972 roku Gminnej Spółdzielni w nieodpłatne użytkowanie
i miasto nie czerpało z niego żadnych korzyści.
W 1990 roku ówczesny naczelnik gminy i miasta Waldemar
Grochowski, wypowiedział Gminnej Spółdzielni umowę i przekazał
młyn w dzierżawę Leszkowi Tutce. W zawartej umowie naczelnik dał dzierżawcy
prawo inwestowania, przebudowy młyna i jego modernizacji. Korzystając
z tego prawa, dzierżawca dokonał wielu zmian.
Zmiany ustrojowe spowodowały też, iż spadkobiercy byłych właścicieli
młyna wystąpili o zwrot ich zdaniem bezprawnie przejętego na
mocy dekretu z 1944 r. o reformie rolnej majątku. Leszek Tutka dowiedziawszy
się o tych zabiegach doprowadził do spotkania ze spadkobiercami
hrabiego Hieronima Tarnowskiego. Przedstawił aktualny stan młyna.
Stwierdził, że działka i budynek młyna są własnością Gminy Rudnik,
jego wyposażenie, urządzenia i maszyny, są jego własnością,
a ich koszt pięciokrotnie przewyższa wartość posesji i budynku.
W rozmowie wyraził chęć kupna od spadkobierców działki i budynku,
gdyż zdaniem Leszka Tutki, kupno od hrabiów byłoby najprostszym
i najsprawiedliwszym rozwiązaniem. Wnukowie nie posiadali jednak aktu
własności,
a perspektywa jego otrzymania ciągle była odległa. Tutce zależało
na szybkim sfinalizowaniu kupna, bo czas naglił i przemiany
ekonomiczne dyktowały konieczność pilnych działań. Przebudowa młyna,
jego modernizacja, wymagały dużych nakładów finansowych.
- Zaangażowanie się w tak dużą inwestycję, bardzo kosztowną,
byłoby uzasadnione, gdyby młyn był moją własnością - powiedział
Leszek Tutka. Dlatego też czynił wszystko, aby nabyć działkę i budynek.
W 1992 roku, za rządów burmistrza Benedykta Cebuli, Rada Gminy
i Miasta wyraziła zgodę na sprzedaż młyna
i przekazanie Tutce działki w użytkowanie wieczyste. Zarząd
Gminy uchwały tej nie wykonał. Sprawa ta stanęła na forum następnej
Rady Gminy i Miasta, pod koniec 1994 roku. Radni, mimo wielu obaw,
poparli dążenia Leszka Tutki. Podjęto decyzję o przeznaczeniu
działki i młyna do sprzedaży w drodze przetargu, po którym piętnastoletni
dzierżawca został prawnym właścicielem.
Wyjaśniona została też kwestia przejęcia młyna na Skarb Państwa
w 1944 roku. Okazało się, że nacjonalizacja przeprowadzona została
zgodnie z ówczesnymi przepisami. Leszek Tutka nie ma więc poczucia
winy i mieć nie może, bo przecież nikogo nie okradł. Kto wie,
w jakim stanie byłby teraz młyn, gdyby nie zaopiekował się nim
w 1981 roku.
Gdy Leszek Tutka został już prawnym właścicielem,
wziął miliard starych złotych kredytu i pod koniec 1995 roku przystąpił
do realizacji zamierzeń. Pełną parą prace ruszyły w marcu 1996 roku.
Przebudował wnętrze młyna, wprowadził wiele nowatorskich rozwiązań
w zakresie technologii przerobu, przeprowadził kapitalny remont budynku,
renowację elewacji. Wszystkie roboty były uzgodnione z wojewódzkim
konserwatorem zabytków.
Prace zostały zakończone w grudniu 1996 roku. Miasto otrzymało
więc na gwiazdkę nowoczesny zakład produkcyjny, dający pracę
siedmiu ludziom i piękny zabytkowy obiekt. Młyn w dzisiejszym kształcie
to dzieło Leszka Tutki.
Mógłby teraz Tutka spokojnie spożywać owoce
swojej pracy, ale to nie w jego stylu. Mówi, że to co nadal robi,
robi nie dla siebie, bo dla niego już niewiele trzeba. Ma dzieci,
wnuczęta, i jest dla kogo pracować. Tutka to niespokojny duch,
wieczny poszukiwacz - myślał o estetycznym zagospodarowaniu działki,
o wykorzystaniu rzeki do produkcji energii elektrycznej - planował
wybudowanie małej elektrowni wodnej. Chciał produkować prąd dla własnych
potrzeb oraz na sprzedaż do sieci energetycznej. Z przyczyn obiektywnych
planów tych nie zrealizował.
Po zakończeniu robót remontowych przy jazie,
estetycznie zagospodarował teren wokół młyna. Zrealizował swoje
kolejne, ale z pewnością nie ostatnie marzenie.
PS.
Aktualnie trwają prace, których celem jest odtworzenie historii
młyna. Wszyscy, którzy posiadają jakiekolwiek dokumenty i informacje,
proszeni są o kontakt z Leszkiem Tutka.