"Rudnicki młyn ma prawie 100 lat"
["Przegląd Rudnicki 2/2004" - Marian Pędlowski]
- "
..


   Krajobraz naszego miasta już od wielu lat wzbogaca budynek młyna przy ul. Mickiewicza. Jeszcze nie tak dawno  straszył zniszczoną elewacją, pordzewiałym dachem. Został wybudowany w 1905 roku. W przyszłym roku  przypada więc 100 rocznica. Właścicielem młyna jest Leszek Tutka, mieszkaniec Niska.
 Leszek Tutka z wykształcenia, trzydziestoletniej praktyki i umiłowania zawodu, jest młynarzem. Urodził się
 w Biłgoraju, wychował w Tarnogrodzie, a los rzucał go w różne zakątki kraju. Przeszedł wszystkie szczeble  młynarskiego wtajemniczenia. Ukończył Technikum Młynarskie we Wrocławiu, a wiedzę pogłębił studiami na  Wydziale Ekonomiki i Organizacji Przedsiębiorstw w filii UMCS w Rzeszowie. Tematem jego pracy magisterskiej była  efektywność inwestycji.
    Po ukończeniu technikum, jego przyjaciel, przedwcześnie zmarły Franciszek Tofilski, zaproponował mu objęcie  stanowiska zastępcy kierownika do spraw produkcji w niżańskim młynie. Propozycja była kusząca - wyższe  zarobki, praca dla żony, mieszkanie w bloku, ale przede wszystkim możliwość sprawdzenia posiadanych  kwalifikacji i szansa samorealizacji. W 1970 roku przybył więc Tutka do Niska i w tamtejszym młynie przepracował  osiem lat. Praca ta dawała mu wiele zadowolenia, ale jako młody człowiek uległ pokusie dalszego awansu
 i przeszedł do Spółdzielni Kółek Rolniczych w Nisku na stanowisko wiceprezesa do spraw technicznych. Mimo  dobrych efektów w pracy, nie widział się jednak dłużej w tym zakładzie - widział siebie tylko przy kamieniach  młyńskich.
 Jego przyjaciel - Jan Łuszczek, młynarz z Tarnogrodu, poinformował go, że w Rudniku jest młyn do wzięcia
 w użytkowanie. Niedługo wahał się z podjęciem decyzji. Początkowo miał jednak obawy. Miał przecież dobrze  płatną pracę, stałą posadę. Ostatecznie zdecydował się.
 Młyn znajdował się w opłakanym stanie. W oknach nie było ani jednej szyby, a cały budynek wymagał remontu.  Upór, energia i młynarska pasja przezwyciężyły trudności.
 24 listopada 1981 roku, Leszek Tutka podpisał z Gminną Spółdzielnią "SCh" w Rudniku - ówczesnym użytkownikiem  młyna - umowę o przejęciu go w agencję i rozpoczął pracę nad jego uruchomieniem. Potrzeba było dużo pieniędzy  i co najmniej roku, aby młyn mógł zacząć pracować. Oprócz doprowadzenia budynku do stanu używalności,  zużyte i przestarzałe maszyny i urządzenia, też wymagały remontu. Wziął więc Tutka 100 tysięcy złotych  kredytu, zaparł się, zakasał rękawy. Remontował maszyny, szklił okna, wyładowywał zboże, sam sypał je na  walce, sam wsypywał mąkę do worków. Pracował szesnaście godzin na dobę.
 Produkcja ruszyła już 13 lutego 1982 roku, co wielu wprawiło w nie lada zdumienie. Wcześniej wielu podejmowało  próby uruchomienia tego młyna, ale szybko wycofywało się z tak ryzykownego przedsięwzięcia. Leszek Tutka  dokonał więc czegoś niemożliwego.
 Przez pięć lat borykał się z wieloma problemami, spłacał kredyt. Pierwszy sukces stał się jednak bodźcem do  dalszych działań. Pragnął zmodernizować młyn, by mógł on sprostać konkurencji. Koniecznością stało się  wprowadzenie nowego profilu produkcji - przerobu gryki na kaszę.
 W 1985 roku, za zgodą Gminnej Spółdzielni, w nie zagospodarowanej dotąd części młyna, urządził kaszarnię.
 Był to dobry pomysł, a produkcja przynosiła zyski. W dwa lata później, kiedy uruchomiono w okolicy wiele  nieczynnych wcześniej młynów i nastąpił kryzys w przemiale zbóż, Leszek Tutka zrezygnował z produkcji mąki.  Rudnicki młyn przy przestarzałych maszynach, nie gwarantował dobrej jakości mąki i popyt zmalał.
 W tej sytuacji Tutka uruchomił drugą linię przerobową gryki o mocy 10 ton na dobę, bo musiał jakoś wybrnąć
 z tej niekorzystnej sytuacji. Sam ją zaprojektował, sam nadzorował jej wykonanie przez rudnickich rzemieślników.  Decyzja zmiany profilu produkcji, okazała się w tamtych czasach słuszna. Kaszarnia zaspokoiła bowiem potrzeby  rynku wewnętrznego, a kaszę eksportowano na Ukrainę, do Czech i USA.
      W 1989 roku zawisły nad młynem czarne chmury. Otwarcie granic, liberalizacja handlu spowodowały napływ  kaszy ze wschodu po konkurencyjnych cenach. Odeszli nabywcy, a chłopi przestali uprawiać grykę.
 W rok później, Leszek Tutka, jako delegat Stowarzyszenia Młynarzy RP, wyjechał do Francji i Niemiec, gdzie  zwiedził nowoczesne zakłady zbożowe.
 W jednym z nich znalazł urządzenie, które mógł wykorzystać w rudnickim młynie. Był to młyn kamienny do  przemiału zbóż na mąkę razową. Zakupił go i szybko zainstalował w swoim młynie. Byt to strzał w dziesiątkę.  Nowoczesne urządzenie produkowało mąkę najwyższej jakości, a duży popyt przyniósł znaczne zyski.
  Leszek Tutka inwestował w młyn. choć nie był jego właścicielem. Wszystko to odbywało się jednak za zgodą
 Gminnej Spółdzielni.

 Przemiany ustrojowe, jakie nastąpiły w 1989 roku otwierały szansę nabycia młyna i w tym kierunku Tutka podjął  starania. Młyn, który będąc własnością Skarbu Państwa, podlegał władzom miasta, został przekazany w 1972 roku  Gminnej Spółdzielni w nieodpłatne użytkowanie i miasto nie czerpało z niego żadnych korzyści.
    W 1990 roku ówczesny naczelnik gminy i miasta Waldemar Grochowski, wypowiedział Gminnej Spółdzielni umowę  i przekazał młyn w dzierżawę Leszkowi Tutce. W zawartej umowie naczelnik dał dzierżawcy prawo inwestowania,  przebudowy młyna i jego modernizacji. Korzystając z tego prawa, dzierżawca dokonał wielu zmian.
 Zmiany ustrojowe spowodowały też, iż spadkobiercy byłych właścicieli młyna wystąpili o zwrot ich zdaniem  bezprawnie przejętego na mocy dekretu z 1944 r. o reformie rolnej majątku. Leszek Tutka dowiedziawszy
 się o tych zabiegach doprowadził do spotkania ze spadkobiercami hrabiego Hieronima Tarnowskiego. Przedstawił  aktualny stan młyna. Stwierdził, że działka i budynek młyna są własnością Gminy Rudnik, jego wyposażenie,  urządzenia i maszyny, są jego własnością, a ich koszt pięciokrotnie przewyższa wartość posesji i budynku.
 W rozmowie wyraził chęć kupna od spadkobierców działki i budynku, gdyż zdaniem Leszka Tutki, kupno od  hrabiów byłoby najprostszym i najsprawiedliwszym rozwiązaniem. Wnukowie nie posiadali jednak aktu własności,
  a perspektywa jego otrzymania ciągle była odległa. Tutce zależało na szybkim sfinalizowaniu kupna, bo czas  naglił i przemiany ekonomiczne dyktowały konieczność pilnych działań. Przebudowa młyna, jego modernizacja,  wymagały dużych nakładów finansowych.

   - Zaangażowanie się w tak dużą inwestycję, bardzo kosztowną, byłoby uzasadnione, gdyby młyn był moją  własnością - powiedział Leszek Tutka. Dlatego też czynił wszystko, aby nabyć działkę i budynek.
 W 1992 roku, za rządów burmistrza Benedykta Cebuli, Rada Gminy i Miasta wyraziła zgodę na sprzedaż młyna
 i przekazanie Tutce działki w użytkowanie wieczyste. Zarząd Gminy uchwały tej nie wykonał. Sprawa ta stanęła  na forum następnej Rady Gminy i Miasta, pod koniec 1994 roku. Radni, mimo wielu obaw, poparli dążenia Leszka  Tutki. Podjęto decyzję o przeznaczeniu działki i młyna do sprzedaży w drodze przetargu, po którym piętnastoletni  dzierżawca został prawnym właścicielem.
 Wyjaśniona została też kwestia przejęcia młyna na Skarb Państwa w 1944 roku. Okazało się, że nacjonalizacja  przeprowadzona została zgodnie z ówczesnymi przepisami. Leszek Tutka nie ma więc poczucia winy i mieć nie  może, bo przecież nikogo nie okradł. Kto wie, w jakim stanie byłby teraz młyn, gdyby nie zaopiekował się nim
 w 1981 roku.
   Gdy Leszek Tutka został już prawnym właścicielem, wziął miliard starych złotych kredytu i pod koniec 1995 roku  przystąpił do realizacji zamierzeń. Pełną parą prace ruszyły w marcu 1996 roku. Przebudował wnętrze młyna,  wprowadził wiele nowatorskich rozwiązań w zakresie technologii przerobu, przeprowadził kapitalny remont  budynku, renowację elewacji. Wszystkie roboty były uzgodnione z wojewódzkim konserwatorem zabytków.
 Prace zostały zakończone w grudniu 1996 roku. Miasto otrzymało więc na gwiazdkę nowoczesny zakład  produkcyjny, dający pracę siedmiu ludziom i piękny zabytkowy obiekt. Młyn w dzisiejszym kształcie to dzieło  Leszka Tutki.

    Mógłby teraz Tutka spokojnie spożywać owoce swojej pracy, ale to nie w jego stylu. Mówi, że to co nadal robi,  robi nie dla siebie, bo dla niego już niewiele trzeba. Ma dzieci, wnuczęta, i jest dla kogo pracować. Tutka to  niespokojny duch, wieczny poszukiwacz - myślał o estetycznym zagospodarowaniu działki, o wykorzystaniu rzeki  do produkcji energii elektrycznej - planował wybudowanie małej elektrowni wodnej. Chciał produkować prąd dla  własnych potrzeb oraz na sprzedaż do sieci energetycznej. Z przyczyn obiektywnych planów tych nie  zrealizował.
    Po zakończeniu robót remontowych przy jazie, estetycznie zagospodarował teren wokół młyna. Zrealizował  swoje kolejne, ale z pewnością nie ostatnie marzenie.

  PS.
 Aktualnie trwają prace, których celem jest odtworzenie historii młyna. Wszyscy, którzy posiadają jakiekolwiek  dokumenty i informacje, proszeni są o kontakt z Leszkiem Tutka.