U wejścia cmentarza rudnickiego stoi
obelisk z
orłem u szczytu. U góry napis "1863". Cały obelisk, do którego
prowadzą trzy stopnie z wszystkich stron, otoczony jest grubym
metalowym łańcuchem zawieszonym na czterech słupkach. Obelisk
jest z betonu i kamieni. Na nim tablica z marmuru z napisem: Poległym
za Ojczyznę. Przed postumentem betonowy właz z czterema metalowymi
rękojeściami. Pomnik poświęcony powstańcom został odsłonięty
na cmentarzu parafialnym w 1927 roku.
Wcześniej pomnik
powstańców z 1863 roku znajdował się w innym miejscu, potem został
przeniesiony i w wersji późniejszej stoi do dziś. Pod pomnikiem
pochowano weterana powstania Ludwika Sokalskiego. Doczekał on
wolnej Polski, zmarł w 1927 roku. W jego uroczystym pogrzebie
uczestniczyli przedstawidele władz powiatowych
i wojewódzkich. Na cmentarzu w Rudniku oprócz Sokalskiego pochowani
są inni uczestnicy powstania styczniowego: Józef Pilawski, Niewola-Niewolkiewicz,
Dziedzic, Madej, Binkowski, ks. Jan Chryzostom Miksiewicz.
W powstaniu styczniowym
uczestniczyli nie tylko Polacy z zaboru rosyjskiego. Uzbrojone polskie
oddziały wkraczały z pruskiego i austriackiego zaboru do Kongresówki,
by walczyć z zaborcą rosyjskim. To prawda, że prawie żaden z
galicyjskich oddziałów nie przedarł się w głąb terytorium Kongresówki,
lecz zazwyczaj po przekroczeniu granicy staczał boje z przeważającymi
siłami carskimi i wracał do Galicji składając broń lub szedł
w rozsypkę. Te akcje przynosiły straty w ludziach i sprzęcie,
ale jak mówi Józef Białynia-Chołodecki, kronikarz
powstania styczniowego: misja tych oddziałów nie byla bezcelową,
gdyż ułatwiała akcję wewnątrz kraju
i podsycała zarzewie powstania w nadziei interwencji mocarstw,
którą się przez długi czas łudzono.
Rudnik leżał
blisko granicy rosyjsko-austriackiej stąd też w jego okolicy tworzono
obozy wojskowe, w których szkolono młodych ludzi mających
zasilić szeregi powstańcze w walczącej Kongresówce. Jeden obóz znajdował
się w tzw. Dolinach, drugi już w rejonie Tarnogóry na tzw. Kobylej
Górze. Komitetowi powstania zajmowali się werbowaniem przyszłych
powstańców. Takimi byli patrioci z Rudnika ks. proboszcz Jan Miksiewicz
oraz nadleśniczy Jan Stiller. Brat księdza Miksiewicza również
czynnie był zaangażowany we wspomaganie powstania
przeprowadzając powstańców do Rudnika albo
też przesyłając do Królestwa broń i pieniądze. A działalność ta nie
była wcale łatwa. Jeden z organizatorów powstańczych w skardze
do komisarza pełnomocnego Rady Narodowej
na Galicję donosił: żołd płaci się tak w mieście Rudniku, jako
też w okolicy po 25 centów od jednego, co od
200 ludzi wynosi dziennie 50 fl. waluty austriackiej. Zaś utrzymanie
60 koni dziennie od jednego do 30 centów, razem 18 fl. waluty
austriackiej. Z boleścią tu wspomnieć muszę, ze w okolicy tamtejszej
obywatele nie poczuwając się do obowiązku przyczynienia się
czymkolwiek dla sprawy, za wszystko każą sobie gotówką płacić, nie
wyłączając nawet niektórych księży, którzy najobojętniej traktują
wszystko, co wymaga ofiar i współudziału. Józef Pilawski zwerbował
do powstania z Rudnika i pobliskiego rejonu trzydziestu sześciu mężczyzn.
Tak że obóz w Dolinach liczył sto osób. Trzeba dodać, że werbunek
musiał odbywać się w konspiracyjnych warunkach, ponieważ austriacka
straż graniczna a zwłaszcza żandarmeria inwigilowała ludzi podejrzanych
o pracę dla powstania i nieraz dochodziło do aresztowań.
Obóz w Dolinach, choć był tak duży jak na Kobylej
Górze. Tu jednak odbywało się szkolenie, tu także składano przysięgę.
Jako że przyszli bojownicy mieli niedaleko do domu mogli, za pozwoleniem
komendanta obozu, udawać się na przepustkę do domu po żywność
i pieniądze. Trzeba dodać, że do powstańczych obozów trafiali również
rozbitkowie z oddziałów walczących z Rosjanami. Wspomniany wcześniej
powstańczy organizator donosił na początku listopada 1863 roku
komisarzowi pełnomocnemu na Galicję: Będąc świadkiem nieszczęśliwej
wyprawy jen. Waligórskiego w okolicy Rudnika, a stąd rozproszenia
się ludzi, ich zdemoralizowania i zatraty wielu przyborów wojennych,
wymagała nagła potrzeba i święty obowiązek dla sprawy powstania, ażeby
to złe nieprzewidziane,
o ile można, choć w części naprawić. Tym celem, otrzymałem
polecenie i pisemne upoważnienie, ad A od Wydziału Obwodowego
Rzeszowskiego, ażebym co rychlej zajął się ściągnieniem rozproszonych
ludzi, zgromadzeniem takowych na pewne punkta, organizowaniem
tychże i przysposobieniem ich do wyjścia w granice Kongresówki pod
przewodnictwem chętnego i zdolnego oficera, posiadającego zaufanie
ludzi, po największej części zniechęconych i upadłych na duchu,
a pozbawiohych tak moralnych, jako też materialnych środków
ku dźwignieniu się na nowo i prędko do sił poświęcenia się dla
sprawy, od której na samym wstępie tak
nieszczęśliwie odcięci zostali.
Przy tej trudnej i nader niebezpiecznej
operacji organizowania na nowo małego oddziału w miasteczku
Rudniku, gdzie po rozbiciu oddziału Cieszkowskiego oczy czujnej
straży austriackiej najbardziej są zwrócone, udało mi
się przy pomocy zjednanych oficerów rozproszonego oddziału, tak w
samym mieście, jako też w jego okolicach, zebrać i skoncentrować
do 200 ludzi, dla których z mocy powołanego upoważnienia wybrałem
na tymczasowego przewodnika, pod warunkami w tymże upoważnieniu
zastrzeżonymi,
płk. Dąbrowskiego. Jak się potem okazało wybór dowódcy płk Dąbrowskiego
nie był dobry. Jeden z powstańców, Jan Nałęcz Roztworowski,
gdy przekroczył ze swoimi ludźmi San i znalazł się w grudniu 1863
roku w Galicji, w Rud-
niku dla niego wydało się całkiem dziwne, że tłumy powstańców
w bardzo porządnych mundurach przechadzały się za pan brat z
żołnierzami austriackimi i nikt ich nie zatrzymywał. Należeli do oddziału
jakiegoś Dąbrowskiego, który czekał stosownej chwili, aby wejść
do Królestwa. Dąbrowski czekał długo na te sposobność ale jak pierwszy
raz przeszedł, uznał, że to nie jest dobry czas i natychmiast
wrócił do Galicji i nadal czekał na stosowne
okoliczności. A gdy później wreszcie przeszedł znowu za kordon
zaczął narzekać, że ładunków do karabinów ma za mało i bagnety
do karabinów nie pasują i nie będzie ryzykował boju z kozakami. Ówże
Roztworowski dziwił się dlaczego Dąbrowski dopiero teraz spostrzegł
niedokładność swego uzbrojenia i bądź co bądź oświadczył, że wraca
do Galicji. W końcu jego oddział wpadł na przeważające siły
nieprzyjaciela i poszedł w rozsypkę.
Z rejonu Rudnika i Krzeszowa wyruszały oddziały
powstańcze za kordon. Z jednej strony narażone były na akcję
prewencyjną Austriaków, z drugiej, po szczęśliwym przekroczeniu
Sanu i granicy, musieli się liczyć ze zmasowanym atakiem rosyjskiego
wojska. Gdy w połowie października gen. Waligórski przekraczał San
ze swym liczącym tysiąc ludzi oddziałem, został zaskoczony przez
Austriaków i około 100 przyszłych powstańców dostało się w ich
ręce. Zdecydowana większość przedarła się na rosyjską stronę i Waligórski
pociągnął ochotniczy oddział w kierunku Radomyśla i Zaklikowa.
W Rudniku gromadzono broń, żywność i konie dla powstańców.
Broń dostarczano z Rzeszowa i Dębicy. Stąd przerzucano ją oraz
inny sprzęt wojskowy dla walczących powstańców w Lubelskiem
i Podlaskiem. W Lubelskiem powstańczymi oddziałami dowodzili generałowie
Kruk (Michał Heidenreich) i Aleksander Waligórski. Ten ostatni
był hrabią i pułkownikiem w armii szwedzkiej oraz profesorem
szkoły wojskowej w Genui. Przeszedł do powstania i wstąpił do oddziału
Langiewicza.
7 marca 1863 i został mianowany jenerałem kwatermistrzem. Później
dowodził własnym oddziałem. Po powstaniu
emigrował i zmarł we Francji. Syn jego poległ w powstaniu 6
maja 1863 w bitwie pod Kobylanką.
Powstańców z Rudnika dołączano do nowych, formowanych
w rejonie miasta oddziałów. Nocą umówieni przewoźnicy przeprawiali
powstańców z okolicy Bielin i Koziarni przez San na tereny ogarnięte
powstaniem. Powstańcy z Rudnika walczyli pod Potokiem, w Sandomierskiem,
pod Opatowem, w Górach Świętokrzyskich
i w Hrubieszowskiem. Bili się w oddziałach dowodzonych przez
Lelewela, Langiewicza i Dąbrowskiego.
W powstaniu zginęło pięciu rudniczan: Józef Gałgan, Andrzej
Sekulski, Franciszek Skiba zginął pod Potokiem, Jan Józef Sztaba
zginął, jak wcześniej podano, pod Hutą Krzeszowską, Jan Zagaja pod
Horodłem Hrubieszowskim. Wszyscy zginęli w 1863 roku.
Tomasz Brytan w swojej książeczce o wyprawie Czechowskiego
w Lubelskie przytacza opis śmierci kleryka Józefa Sztaby
z Rudnika: Józef Sztaba wraz z trzema towarzyszami obskoczony w lesie
przez 10 moskali bronił się walecznie. Chociaż już kulą ranny
w nogę, bagnetem położył 2 moskali, a przeszło pól godziny walczył
z sześcioma pozostałymi. Lecz gdy mu już sił zabrakło, karabin
wysunął się z omdlałej dłoni - wtedy moskale
z wściekłością rzucili się na bezbronną ofiarę i okropnie skłuli
bagnetami. Zdzierając z zabitego odzież, przestraszeni szelestem
z pobliża, dla pośpiechu zabrali buty wraz z uciętymi nogami. Sztaba walczył
w marcu 1863 roku w Lesie Ciosmańskim pod Hutą Krzeszowską w
oddziale płk. Czechowskiego. Dziś leży pochowany na cmentarzu
w Hucie Krzeszowskiej.
Z Rudnika w powstaniu, oprócz wcześniej wymienionych
uczestniczyli: Michał Bieńkowski, Konstanty Bielecki - ranny
w głowę pod Panaszówką w Sandomierskiem, Edward Domański
- ranny w rękę pod Zwierzyńcem, Ludwik Dziedzic, Józef Federowicz,
Michał Filuba, Jan Gancarz - przenosił broń, Gawroński, Antoni Grzybowski,
Franciszek Kielian, Franciszek Krzanowski - walczył w Górach
Świętokrzyskich, Józef Krzewicki,
Jan Miksiewicz - ks. proboszcz rudnicki był komitetowym i agitatorem,
Morski - posterunkowy przenosił broń, Niewola - Niewolkiewicz
- leśniczy, Orliński, Franciszek Osetek, Józef Pilawski - kwatermistrz
obozu, Franciszek Ptaszek - ranny pod Potokiem, Jan Sekulski
- ranny w rękę i ciężko w nogę, chromy, Franciszek Sekulski - zmarł
w Rudniku w 1916 r., Michał Sekulski, Ludwik Sokalski - ranny
w rękę i głowę pod Zwierzyńcem, Jan Stiller - komitetowy
powstania, zmarł w 1931 r., Antoni Sztaba, Wojdech Sztaba zm. w 1903
r. w Rudniku,
Franciszek Wojtaś, Jan Wojtaś, Tomasz Wojtaś, Józef Worsa, Józef
Żuraw - ułan.
Tylko nieliczni z nich doczekali Polski niepodległej.
DIONIZY GARBACZ