"Rudnickie Bunkry"
["Sztafeta" - 23.09.2004]
- "
..


    W Rudniku, miejsce gdzie stoi metalowy krzyż z głową Chrystusa, dziś wygląda inaczej niż w 1944 roku.
 Kiedyś było tu targowisko, teraz stoi nowa szkoła podstawowa, jest podwórko dla dzieci i boisko.
 Krzyż odgrodzono od placu szkolnego, stoi przy starej sośnie pamiętającej tamte czasy z czterdziestego  czwartego roku zeszłego stulecia.


     
W drugiej połowie lipca 1944 roku rejon Zasania był wolny od Niemców. Nie dochodziło tu do większych walk,  osłabiony Wehrmacht musiał oddawać pole i wycofywać się na zachód. Z uchodzącymi Niemcami potykali się  akowcy w ramach akcji "Burza". Najlepiej spisali się akowcy z Rudnika. Dowodzeni przez Tadeusza Sochę ostrzelali  wycofujących się Niemców, zniszczyli gniazdo karabinów maszynowych, zajęli stację kolejową, most, młyn
 z elektrownią, wzięli w swoje ręce niemieckie magazyny z bronią i w rezultacie zajęli miasto. Dopiero po kilku  godzinach bez walki wkroczyła tu Czerwona Armia. To stało się 26 lipca. Po kilku dniach wojska sowieckie zajęły  następne miejscowości, w tym również Nisko, a po krwawej walce Stalową Wolę i Rozwadów.
 Już w połowie sierpnia 1944 roku sowieckie NKWD rozpoczęło akcję wyłapywania żołnierzy polskiego  niepodległościowego podziemia, głównie akowców, którzy jeszcze tak niedawno walczyli z Niemcami. Pierwsze  aresztowania nastąpiły w połowie sierpnia. Nasiliły się w następnych miesiącach, zwłaszcza w listopadzie. Wtedy  NKWD z pomocą komunistycznych polskich organów bezpieczeństwa podjął szeroko zakrojoną akcję aresztowań  członków niepodległościowego podziemia. W Stalowej Woli aresztowano kilkunastu ludzi, których zesłano potem  do sowieckich łagrów, blisko osiemdziesięciu akowców NKWD schwytał w Ulanowie i okolicznych wsiach: Kurzynie,  Bielinach, Golcach, Wólce Tanewskiej. Aresztowania objęły także Nisko, Rudnik, Przędzel, Kopki. Ujętych akowców  w większości wywieziono do obozów w Rosji, skąd część z nich już nie wróciła. Pomocą w likwidacji podziemia  akowskiego służyła milicja organizowana przez podporządkowany Sowietom PKWN. Najostrzej przeciw  niepodległościowemu podziemiu występował utworzony z pomocą Sowietów Urząd Bezpieczeństwa.
 Jego funkcjonariusze po aresztowaniach i wymyślnych represjach, dopuszczali się przesłuchań połączonych
 z torturami. UB przekazywał też niektórych zatrzymanych akowców sowieckiemu NKWD. W Niżańskiem  szczególnie złą sławą cieszył się pierwszy komendant Powiatowego UB Stanisław Supruniuk, wcześniej żołnierz  komunistycznej partyzantki.

   W Rudniku nad Sanem usadowiła się część 25 dywizji NKWD, która była zapleczem sowieckiego frontu stojącego  nad Wisłą. We wrześniu 1944 roku w Rudniku nad Sanem, na tak zwanej targowicy, placu, gdzie przed wojną  sprzedawano bydło, wykopano trzy bunkry, które miały stanowić tymczasowe więzienie dla zatrzymanych  żołnierzy antyniemiec-kiego podziemia nie podporządkowanego politycznie sowieckiej władzy. Teren ten  ogrodzono drutem kolczastym, przez całą dobę sowieccy żołnierze trzymali wartę. Skarbimir Socha świadek  tamtych czasów tak opisuje to ziemne więzienie:

  Ściany wyłożono okrąglakami sosnowymi, tak samo jak  przykrycie, równo z poziomem terenu. Całość przykryto  gałęziami sosnowymi i obsypano piaskiem. (...)
 Wejście do bunkra prowadziło przez obudowany deskami właz w suficie o wymiarach 70 cm na 70 cm, przez który  wrzucano więźniów, przeważnie ich kopiąc. Podłogę z piasku zarzucono słomą, która z biegiem czasu zmieniła się  w nawóz, na którym spali więźniowie. Właz do bunkra w dzień był otwarty, mimo panującego na zewnątrz mrozu,  dymiło z niego jak z krematorium. Temperatura wewnątrz była wysoka, gdy było więcej więźniów brakowało  niekiedy powietrza, szczególnie w nocy, gdy zamykano pokrywę włazu. W nocy na włazie stał strażnik, do  którego obowiązku należało ciągłe tupanie butami, aby więźniowie nie mogli spać. Jednorazowo wartę trzymało
 6 sołdatów, trzech przy włazach, pilnowało, aby więźniowie nie rozmawiali, trzech na zewnątrz ogrodzenia, w tym  dwu do obsługi rkm-u. Do ubikacji mieszczącej się na zewnątrz wyprowadzano tylko raz dziennie od 15 do 16.  Więzień wtedy trzymał ręce na szyi, prowadził go wartownik z bagnetem na karabinie, po bokach szli jeszcze  dwaj z pepeszami. Jeśli więzień cierpiał na zaburzenia żołądkowe, czynności fizjologiczne załatwiał w bunkrze,
 w którym nie było żadnego do tego stosownego naczynia. W bunkrze panował brud, straszny smród, wszawica,  do tego jęki skatowanych więźniów. Mycia nie było żadnego. Jedzenie dostarczano tylko raz - w południe, była to  woda z rozgotowaną kaszą, pęcakiem lub brukwią, jedna menażka na pięciu więźniów. Wszy dokuczały  wszystkim, im dłużej przebywano w bunkrze tym większe tworzyły się rany... W bunkrach siedziało każdorazowo  50-70 więźniów przywiezionych z różnych miast i wsi. Trafili tu akowcy ze Stalowej Woli, Rozwadowa, Rudnika,  Leżajska, Ulanowa, z okoliczjiych wsi, nawet spod Biłgoraja... Ale bunkry dla więźniów Polaków znajdowały się  również w innych miejscach, między innymi także w pobliskich Kopkach. Przez rudnickie bunkry przeszło około  sześciuset Polaków; przechodzili oni okrutne przesłuchania i tu już zapadał na nich wyrok. Część z nich zesłano  do łagrów w głębi Rosji, innych zlikwidowano, zwykle w okolicznościach do końca nieznanych.
 Tak zginął m.in. Tadeusz Socha, Stanisław Urban, Marian Dziubiński, Józef Możdrzech, Zenon Wołcz. Ten ostatni  uwierzył w sowieckie zapewnienia, że nic mu się nie stanie, że będzie mógł walczyć z Niemcami, lecz musi  wskazać swoich towarzyszy z AK i BCh. Posłuchał enkawudzistów, ale i tak nie ominęła go śmierć z ich ręki.  Niektórych więźniów przekazywano Urzędowi Bezpieczeństwa, tylko nielicznych zwolniono, o innych zupełnie  słuch zaginął.
 W wynajdywaniu akowców pomagali rudniccy PPR-owcy, do nich należał Jan Babko i Stanisław Trokało. Ten  ostatni uchodził za współpracującego z NKWD i mającego wśród sowieckiej władzy w Rudniku duże wpływy.  Stefania Patrzyk chciała uwolnić swego brata Józefa Możdrzecha, akowca więzionego w bunkrze.
    Dowiedziałam się, że w Rudniku może wiele załatwić niejaki Trokało, co mieszkał koło młyna. Udałam się do niego  z prośbą. Po paru dniach powiedział, że bratu nic się nie stanie, bo przeciw niemu nic nie mają. Dostawał od nas  słoninę, masło, pieniądze. A on nam mówił, żeby się nie martwić, brat zostanie zwolniony. Ostatni raz widziałam  brata w wigilię Bożego Narodzenia. Trokało powiedział, że jutro ich zwolnią. W Boże Narodzenie przyjechałam do  Rudnika, ale na targowicy nie było prawie żadnego śladu po obozie. Wywieźli wszystkich. Ślad po bracie zaginął.


   Przetrzymywanych w bunkrach akowców poddawano przesłuchaniom połączonym z opluwaniem, biciem po  twarzy, wyzwiskami i groźbami zastrzelenia. Enkawudziści stosowali w czasie śledztwa tortury. Więźniom  przypalano pośladki, kazano stać godzinami pod ścianą z rękami uniesionymi do góry. Zmuszano do przysiadów,  jeden enkawudzista liczył, drugi stał z naganem i gdy więzień próbował się wyprostować otrzymywał cios kolbą  broni. Porażano genitalia prądem elektrycznym, wyrywali całymi garściami włosy, bito po goleniach polanem  przeznaczonym do palenia w piecu, miażdżono paice między drzwiami, bito wyciorem, kolbą pepeszy, przypalano  papierosami, bito linijką w jedno miejsca czoła. Do więźniów nie dopuszczali żadnego lekarza. W końcu grudnia  1944 roku sowiecki sąd wojskowy ferował wyroki. Jak opowiada Skarbimir Socha, za stołem siedziała kobieta
 w stopniu kapitana w asyście dwóch oficerów, jedna butelka po samogonie stała już pusta, rozpoczęto picie  drugiej wznosząc toasty "za Stalina" i "za pobiedu". Ośmiu podsądnych przyglądało się temu w milczeniu. Po tej  libacji ogłoszono wyroki w imieniu ZSRR - od 5 do 10 lat więzienia za "przynależność do zbrodniczej organizacji  mającej na celu obalenie siłą ZSRR"

   Gdy zlikwidowano ziemne więzienie, władze miasta usiłowały sprzedać drzewo użyte do jego budowy. Nikt
 z mieszkańców Rudnika nie stanął do licytacji, choć była zima i opału brakowało.
 7 października 1994 roku biskup sandomierski Edward Frankowski poświęcił krzyż pamiątkowy w pobliżu szkoły.
 Do krzyża przytwierdzone są dwie metalowe tablice; jedna ze znakiem Polski Walczącej i napisem: 1939-1947  Armia Krajowa NSZ - WiN - NOW - SAN, druga głosi: W tym miejscu w 1944 r. 25 dyw. NKWD przy pomocy UB
 i konfidentów z PPR więziła i torturowała patriotów polskich żołnierzy AK.
 Stąd wywożono na Sybir do łagrów, do Byszówki, gdzie ich mordowano.
 Niech Bóg będzie ich nagrodą.
 Krzyż z tablicami postawił "Jaskółka", żołnierz Armii Krajowej z Rudnika nad Sanem.
 
  [DIONIZY GARBACZ , Sztafeta]