W Rudniku, miejsce gdzie
stoi metalowy krzyż z głową Chrystusa, dziś wygląda inaczej niż w
1944 roku.
Kiedyś było tu targowisko, teraz stoi nowa szkoła podstawowa,
jest podwórko dla dzieci i boisko.
Krzyż odgrodzono od placu szkolnego, stoi przy starej sośnie
pamiętającej tamte czasy z czterdziestego czwartego roku zeszłego
stulecia.
W
drugiej połowie lipca 1944 roku rejon Zasania był wolny od Niemców.
Nie dochodziło tu do większych walk, osłabiony Wehrmacht musiał
oddawać pole i wycofywać się na zachód. Z uchodzącymi Niemcami potykali
się akowcy w ramach akcji "Burza". Najlepiej spisali
się akowcy z Rudnika. Dowodzeni przez Tadeusza Sochę ostrzelali wycofujących
się Niemców, zniszczyli gniazdo karabinów maszynowych, zajęli stację
kolejową, most, młyn
z elektrownią, wzięli w swoje ręce niemieckie magazyny z bronią
i w rezultacie zajęli miasto. Dopiero po kilku godzinach bez
walki wkroczyła tu Czerwona Armia. To stało się 26 lipca. Po kilku
dniach wojska sowieckie zajęły następne miejscowości, w tym
również Nisko, a po krwawej walce Stalową Wolę i Rozwadów.
Już w połowie sierpnia 1944 roku sowieckie NKWD rozpoczęło akcję
wyłapywania żołnierzy polskiego niepodległościowego podziemia,
głównie akowców, którzy jeszcze tak niedawno walczyli z Niemcami.
Pierwsze aresztowania nastąpiły w połowie sierpnia. Nasiliły
się w następnych miesiącach, zwłaszcza w listopadzie. Wtedy NKWD
z pomocą komunistycznych polskich organów bezpieczeństwa podjął szeroko
zakrojoną akcję aresztowań członków niepodległościowego podziemia.
W Stalowej Woli aresztowano kilkunastu ludzi, których zesłano potem
do sowieckich łagrów, blisko osiemdziesięciu akowców NKWD schwytał
w Ulanowie i okolicznych wsiach: Kurzynie, Bielinach, Golcach,
Wólce Tanewskiej. Aresztowania objęły także Nisko, Rudnik, Przędzel,
Kopki. Ujętych akowców w większości wywieziono do obozów w Rosji,
skąd część z nich już nie wróciła. Pomocą w likwidacji podziemia akowskiego
służyła milicja organizowana przez podporządkowany Sowietom PKWN.
Najostrzej przeciw niepodległościowemu podziemiu występował
utworzony z pomocą Sowietów Urząd Bezpieczeństwa.
Jego funkcjonariusze po aresztowaniach i wymyślnych represjach,
dopuszczali się przesłuchań połączonych
z torturami. UB przekazywał też niektórych zatrzymanych akowców
sowieckiemu NKWD. W Niżańskiem szczególnie złą sławą cieszył
się pierwszy komendant Powiatowego UB Stanisław Supruniuk, wcześniej
żołnierz komunistycznej partyzantki.
W Rudniku nad Sanem usadowiła się część 25 dywizji
NKWD, która była zapleczem sowieckiego frontu stojącego nad
Wisłą. We wrześniu 1944 roku w Rudniku nad Sanem, na tak zwanej targowicy,
placu, gdzie przed wojną sprzedawano bydło, wykopano trzy bunkry,
które miały stanowić tymczasowe więzienie dla zatrzymanych żołnierzy
antyniemiec-kiego podziemia nie podporządkowanego politycznie sowieckiej
władzy. Teren ten ogrodzono drutem kolczastym, przez całą dobę
sowieccy żołnierze trzymali wartę. Skarbimir Socha świadek tamtych
czasów tak opisuje to ziemne więzienie:
Ściany wyłożono okrąglakami sosnowymi, tak samo jak przykrycie,
równo z poziomem terenu. Całość przykryto gałęziami sosnowymi
i obsypano piaskiem. (...)
Wejście do bunkra prowadziło przez obudowany deskami właz w
suficie o wymiarach 70 cm na 70 cm, przez który wrzucano więźniów,
przeważnie ich kopiąc. Podłogę z piasku zarzucono słomą, która z biegiem
czasu zmieniła się w nawóz, na którym spali więźniowie. Właz
do bunkra w dzień był otwarty, mimo panującego na zewnątrz mrozu,
dymiło z niego jak z krematorium. Temperatura wewnątrz była
wysoka, gdy było więcej więźniów brakowało niekiedy powietrza,
szczególnie w nocy, gdy zamykano pokrywę włazu. W nocy na włazie stał
strażnik, do którego obowiązku należało ciągłe tupanie butami,
aby więźniowie nie mogli spać. Jednorazowo wartę trzymało
6 sołdatów, trzech przy włazach, pilnowało, aby więźniowie nie
rozmawiali, trzech na zewnątrz ogrodzenia, w tym dwu do obsługi
rkm-u. Do ubikacji mieszczącej się na zewnątrz wyprowadzano tylko
raz dziennie od 15 do 16. Więzień wtedy trzymał ręce na szyi,
prowadził go wartownik z bagnetem na karabinie, po bokach szli jeszcze
dwaj z pepeszami. Jeśli więzień cierpiał na zaburzenia żołądkowe,
czynności fizjologiczne załatwiał w bunkrze,
w którym nie było żadnego do tego stosownego naczynia. W bunkrze
panował brud, straszny smród, wszawica, do tego jęki skatowanych
więźniów. Mycia nie było żadnego. Jedzenie dostarczano tylko raz -
w południe, była to woda z rozgotowaną kaszą, pęcakiem lub brukwią,
jedna menażka na pięciu więźniów. Wszy dokuczały wszystkim,
im dłużej przebywano w bunkrze tym większe tworzyły się rany... W
bunkrach siedziało każdorazowo 50-70 więźniów przywiezionych
z różnych miast i wsi. Trafili tu akowcy ze Stalowej Woli, Rozwadowa,
Rudnika, Leżajska, Ulanowa, z okoliczjiych wsi, nawet spod Biłgoraja...
Ale bunkry dla więźniów Polaków znajdowały się również w innych
miejscach, między innymi także w pobliskich Kopkach. Przez rudnickie
bunkry przeszło około sześciuset Polaków; przechodzili oni okrutne
przesłuchania i tu już zapadał na nich wyrok. Część z nich zesłano
do łagrów w głębi Rosji, innych zlikwidowano, zwykle w okolicznościach
do końca nieznanych.
Tak zginął m.in. Tadeusz Socha, Stanisław Urban, Marian Dziubiński,
Józef Możdrzech, Zenon Wołcz. Ten ostatni uwierzył w sowieckie
zapewnienia, że nic mu się nie stanie, że będzie mógł walczyć z Niemcami,
lecz musi wskazać swoich towarzyszy z AK i BCh. Posłuchał enkawudzistów,
ale i tak nie ominęła go śmierć z ich ręki. Niektórych więźniów
przekazywano Urzędowi Bezpieczeństwa, tylko nielicznych zwolniono,
o innych zupełnie słuch zaginął.
W wynajdywaniu akowców pomagali rudniccy PPR-owcy, do nich należał
Jan Babko i Stanisław Trokało. Ten ostatni uchodził za współpracującego
z NKWD i mającego wśród sowieckiej władzy w Rudniku duże wpływy. Stefania
Patrzyk chciała uwolnić swego brata Józefa Możdrzecha, akowca więzionego
w bunkrze.
Dowiedziałam się, że w Rudniku może wiele załatwić
niejaki Trokało, co mieszkał koło młyna. Udałam się do niego z
prośbą. Po paru dniach powiedział, że bratu nic się nie stanie, bo
przeciw niemu nic nie mają. Dostawał od nas słoninę, masło,
pieniądze. A on nam mówił, żeby się nie martwić, brat zostanie zwolniony.
Ostatni raz widziałam brata w wigilię Bożego Narodzenia. Trokało
powiedział, że jutro ich zwolnią. W Boże Narodzenie przyjechałam do
Rudnika, ale na targowicy nie było prawie żadnego śladu po obozie.
Wywieźli wszystkich. Ślad po bracie zaginął.
Przetrzymywanych w bunkrach akowców poddawano przesłuchaniom
połączonym z opluwaniem, biciem po twarzy, wyzwiskami i groźbami
zastrzelenia. Enkawudziści stosowali w czasie śledztwa tortury. Więźniom
przypalano pośladki, kazano stać godzinami pod ścianą z rękami
uniesionymi do góry. Zmuszano do przysiadów, jeden enkawudzista
liczył, drugi stał z naganem i gdy więzień próbował się wyprostować
otrzymywał cios kolbą broni. Porażano genitalia prądem elektrycznym,
wyrywali całymi garściami włosy, bito po goleniach polanem przeznaczonym
do palenia w piecu, miażdżono paice między drzwiami, bito wyciorem,
kolbą pepeszy, przypalano papierosami, bito linijką w jedno
miejsca czoła. Do więźniów nie dopuszczali żadnego lekarza. W końcu
grudnia 1944 roku sowiecki sąd wojskowy ferował wyroki. Jak
opowiada Skarbimir Socha, za stołem siedziała kobieta
w stopniu kapitana w asyście dwóch oficerów, jedna butelka po
samogonie stała już pusta, rozpoczęto picie drugiej wznosząc
toasty "za Stalina" i "za pobiedu". Ośmiu podsądnych
przyglądało się temu w milczeniu. Po tej libacji ogłoszono wyroki
w imieniu ZSRR - od 5 do 10 lat więzienia za "przynależność do
zbrodniczej organizacji mającej na celu obalenie siłą ZSRR"
Gdy zlikwidowano ziemne więzienie, władze miasta usiłowały
sprzedać drzewo użyte do jego budowy. Nikt
z mieszkańców Rudnika nie stanął do licytacji, choć była zima
i opału brakowało.
7 października 1994 roku biskup sandomierski Edward Frankowski
poświęcił krzyż pamiątkowy w pobliżu szkoły.
Do krzyża przytwierdzone są dwie metalowe tablice; jedna ze
znakiem Polski Walczącej i napisem: 1939-1947 Armia Krajowa
NSZ - WiN - NOW - SAN, druga głosi: W tym miejscu w 1944 r. 25 dyw.
NKWD przy pomocy UB
i konfidentów z PPR więziła i torturowała patriotów polskich
żołnierzy AK.
Stąd wywożono na Sybir do łagrów, do Byszówki, gdzie ich mordowano.
Niech Bóg będzie ich nagrodą.
Krzyż z tablicami postawił "Jaskółka", żołnierz Armii
Krajowej z Rudnika nad Sanem.
[DIONIZY GARBACZ , Sztafeta]