|
Przegląd Rudnicki - 3/2004 Artykuły wybrane .. |
Joanna Maczuga - Rudniccy
młodzi artyści cz. VII
Jan Kopeć - 80
LAT KLUBU SPORTOWEGO "ORZEŁ" RUDNIK
Marian Pędlowski - PAMIĘCI
WIESŁAWA OLKI
Stanisława Ogińska. Nisko - APTEKA
W RUDNIKU - MIASTECZKU NAD SANEM
Ewa Witkowska - LICZYLIŚMY
NA TRZECIĄ WOJNĘ ŚWIATOWĄ
Joanna Maczuga
Rudniccy
młodzi artyści cz. VII
Robert Mierzwa ma 22 lata.
Ukończył Szkołę Podstawową nr 2 oraz Zasadniczą Szkołę Zawodową w Rudniku
nad Sanem. - Jego "przygoda" z rzeźbą rozpoczęła się już bardzo
wcześnie, bo w III klasie szkoły podstawowej.
"Kupiłem dłuto i zacząłem próbować coś robić. Pierwszą moją
rzeźbą, z której byłem zadowolony, była figurka ludowa." - wspomina.
Swój talent samodzielnie i z powodzeniem rozwijał przez cały
okres nauki szkolnej.
Duży wpływ na młodego twórcę w tym pierwszym okresie odkrywania tajemnic drewna
miał rudnicki rzeźbiarz śp. Pan Mieczysław Kułakowski. Jeszcze jako dziecko
Robert miał możliwość podpatrzenia jego warsztatu pracy. To w pewnym stopniu
przekonało go o kontynuowaniu swoich
zainteresowań. Cztery lata temu ważne okazało się również poznanie pana Jana
Macieja Łyki - kolejnego, znanego nie tylko rudniczanom, twórcę sztuki w drewnie.
Temu spotkaniu jak i kolejnym towarzyszyła wymiana doświadczeń, wzajemne ubogacenie
się, chociaż obaj artyści tworzą w zupełnie odmiennych stylach.
Po raz pierwszy Robert swoje prace pokazał w MOSiR w Rudniku
w ramach prezentacji osiągnięć Zespołu Szkół Zawodowych. Wśród wielu wówczas
prac znalazły się i jego rzeźby.
Od trzech lat jest zapraszany do Tarnobrzega na "Jarmark Dominikański"
popularyzujący rękodzieło artystyczne twórców
z całego kraju. Jest to dla niego znakomita okazja poznania artystów o podobnych
zainteresowaniach. Wielokrotnie prace rzeźbiarskie Roberta prezentowane były
na wielu wystawach w Miejskim Ośrodku Kultury w Rudniku oraz podczas corocznej
imprezy promującej naszą gminę i miasto - "Wiklina 2000, 2001, 2002."
W 1997 roku swoje rzeźby Robert udostępnił Zespołowi Szkół Zawodowych im.
płk. Stanisława Dąbka w Stalowej Woli na wystawę twórców i artystów regionu,
która cieszyła się wielkim powodzeniem wśród zaproszonych gości i młodzieży
szkolnej.
Bardzo miło młody artysta wspomina pobyt w 2001 roku w Bańskiej Bystrzycy
na Słowacji, gdzie pokazał swoje prace podczas dwudniowych targów kultury
ludowej.
Jego uwagę zwróciła wówczas dobra organizacja, życzliwość i hojność Słowaków.
Wśród innych swoich zainteresowań wymienia przede wszystkim wędkarstwo.
Robert marzy, by mieć możliwość pokazywania swoich rzeźb nie tylko w lokalnym
środowisku, ale również pragnie promować nasz region w innych miastach, a
nawet poza granicami kraju.
Jan Kopeć
80 LAT KLUBU SPORTOWEGO
"ORZEŁ" RUDNIK
Miejski Klub Sportowy "Orzeł" Rudnik mimo, że założony
w roku 1923, z opóźnieniem świętował 80. rocznicę powstania.
Z tej okazji planowany był mecz rudniczan z "Orłami Górskiego",
ale z przyczyn finansowych okazało się to niemożliwe. Ostatecznie byli zawodnicy
"Orła" zmierzyli się z drużyną "Rzeszowiaka", złożoną
z zawodników, grających kiedyś w I i II lidze. Gospodarze byli gościnni i
przegrali 1:4. Drużyny wystąpiły w następujących składach:
"Rzeszowiak": Jerzy Czerwonka, Mirosław Surmiak, Jerzy Płodzeń,
Adam Pielech, Zbigniew Wydro, Kazimierz Greń, Wiesław Czado, Andrzej Cyzio,
Tomasz Skiba, Robert Panek, Hubert Kopeć, Zbigniew Maćkowiak, Bogdan Szymkowicz.
"Orzeł" : Józef Długosiewicz, Jan Kopeć, Piotr Potocki, Stanisław
Koń, Henryk Nicałek, Józef Zawół, Krzysztof Kania, Marek Torla, Tadeusz Ruchaj,
Jacek Kochan, Mirosław Chmielowiec, Wiesław Pędlowski, Mieczysław Machowski,
Jan Ramocki, Piotr Kochowski.
Zasłużeni działacze klubu otrzymali odznaczenia.
Srebrną Odznakę Polskiego Związku Piłki Nożnej otrzymał Jan Kopeć.
Honorowe odznaki z okazji 80-lecia istnienia klubu: Mieczysław Woźniak, Stanisław
Ruchaj, Bolesław Ziółkowski, Jan Kopeć, Józef Kurnik, Waldemar Grochowski.
Złote Odznaki Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej: Stanisław Gałuszka,
Edward Burdzy, Tadeusz Sekułski, Edward Potocki, Zbigniew Karaś, Henryk Nicałek,
Jan Jama, Wiktor Frankiewicz, Kazimierz Sekułski, Stanisław Romański, Józef
Bednarz, Jerzy Bednarz, Roman Potocki.
Srebrne Odznaki Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej: Stanisław
Koń, Piotr Potocki, Tadeusz Reichert, Jan Ramocki, Tadeusz Ruchaj, Jerzy Jakubowski,
Józef Długosiewicz, Jerzy Bigos, Mirosław Chmielowiec, Paweł Kozyra, Kazimierz
Madej, Marek Betleja, Wojciech Wołcz, Ryszard Maj, Krzysztof Skiba.
Brązowe Odznaki Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej: Jacek Gil, Andrzej
Wójtowicz, Małgorzata Sztaba, Antoni Łyko, Piotr Kowalski.
Pamiątkowe statuetki otrzymali byli zawodnikom "Orła", którzy
występowali w zespołach ekstraklasy. Rajmund Kapuściński, Ryszard Sekułski,
Stanisław Karaś, Wiesław Pędlowski, Hubert Kopeć, Artur Kopeć, Paweł Szafran.
Marian Pędlowski
PAMIĘCI WIESŁAWA OLKI
Wiesław Olko był cenionym, lubianym i szanowanym mieszkańcem
Rudnika nad Sanem, którego nazwisko zawsze kojarzyło się z gitarą i śpiewem.
W rubryce zawód wyuczony wpisywał "technik - meliorant", choć nie
miał z nim nic wspólnego. Parał się różnymi profesjami: był rolnikiem, plastykiem,
działaczem społecznym, ...stolarzem, muzykiem, poetą, piosenkarzem.
Jak u wielu innych jemu podobnych zacięcie artystyczne zaczęło
objawiać się w szkole podstawowej. Brał wówczas udział we wszelkiego rodzaju
szkolnych imprezach rozrywkowych, akademiach.
W rudnickim Liceum Ogólnokształcącym razem z Grzegorzem Konefałem
tworzyli bardzo zgrany duet, w tym formacje rockowe i rozrywkowe. Podczas
nauki w liceum Wiesiek związał się z rudnickim ośrodkiem kultury, z którym
przez długie lata współpracował. Był też jego dyrektorem.
Po ukończeniu liceum los rzucił go do Trzciany koło Rzeszowa,
do Pomaturalnego Studium Melioracyjnego. Spotkał tutaj wspaniałych ludzi i
kolejne dwa lata spędził na scenie. Występował w grupie kabaretowej. Później
utworzyli też zespół jazzowy, z którym wygrali Wojewódzki Przegląd Zespołów
Szkolnych i otrzymali zaproszenia na koncert z grupą "Laboratorium".
To tu rozpoczął grę na gitarze, niejako z konieczności - zabrakło
akompaniatora. Po czterech miesiącach nauki znalazł się
w Warszawie, w "Hybrydach", na Ogólnopolskim Przeglądzie Piosenki
Aktorskiej. Było to wielkie wydarzenie. Przewodniczącym jury był wówczas Jacek
Fedorowicz, członkiem Przemysław Gintrowski i wielu innych znakomitych artystów.
Dla Wieśka była to wspaniała przygoda. Jego teksty spodobały się.
W marcu 1984 roku w Zielonej Górze występował na Centralnym Przeglądzie Piosenki
Turystycznej. Nie zdobył tam żadnych nagród, ale - jak mówił - nie to było
dla niego najważniejsze.
Po dwuletnim pobycie pod Rzeszowem wrócił do rudnickiego ośrodka
kultury. Spotkał tutaj nieżyjącego już instruktora Henryka Kostkę, wspaniałego
człowieka. To on "wypchnął" Wieśka na szersze wody. Występował na
przykład z Krystyną Prońko. Miał wówczas ogromną tremę.
Przyszedł jednak czas pójścia do wojska. Nikt nawet nie dziwił
się, że okres ten spędził z gitarą na scenie. Był członkiem zespołu, który
został laureatem Centralnego Wojskowego Przeglądu Piosenki Turystycznej.
Z festiwalu w Kołobrzegu przywiózł Srebrny Pierścień. Po wojsku wrócił do
Rudnika. Pojawiła się wówczas -jak określał - nawałnica twórcza. Wiesiek uważał,
że najlepsze teksty powstają wówczas, gdy człowiekowi jest najlepiej na świecie
lub najgorzej. A wszystko przez to, że w grę weszła ... miłość do Anny.
Powrócił do ośrodka kultury, lecz tym razem długo tu miejsca nie zagrzał.
W tym czasie ożenił się. Utworzył grupę "Ocalenie", współpracując
z równie młodymi, zdolnymi ludźmi: Piotrem Hajderem i Grzegorzem Kurnikiem.
Wiesiek Olko współpracował też z rudnicką 52 Drużyną Harcerską. Pisał dla
harcerzy piosenki turystyczne. W 1986 roku wzięli udział w Ogólnopolskim Festiwalu
Piosenki Harcerskiej, gdzie zdobyli trzy nagrody.
Wiesiek był również laureatem prestiżowego konkursu "Jeden ze stu tysięcy",
organizowanego przez czasopismo harcerskie "Motywy".
Na I Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki "Śpiewograniec" w Tarnobrzegu
znalazł się w gronie laureatów i wystąpił z 45-minuto-wym koncertem.
W 1990 roku, ówczesny burmistrz Rudnika, Benedykt Cebula zaproponował
mu objęcie funkcji dyrektora Miejskiego Ośrodka Kultury. Zgodził się. Ośrodek
kultury ożył. Dyrektorował cztery lata. W tym czasie jego twórczość jeszcze
bardziej promieniała. Na Przeglądzie Piosenki Amatorskiej w Kielcach zdobył
nagrodę.
Ważne było również to, że nie koncentrował się wyłącznie na własnej osobie.
Starał się skupić wokół siebie ludzi sobie podobnych. Tym sposobem wśród uczniów
rudnickiego Liceum Ogólnokształcącego wyszukał dziewczynę cichą, skromną,
obdarzoną potężnym głosem oraz wspaniałą wyobraźnią muzyczną i intuicją -
Izabelę Byrę z Bielin. Rozpoczęli współpracę. Izabela już wkrótce zaczęła
zdobywać nagrody.
Przez dwa lata był stolarzem. Produkował drewniane drzwiczki w rudnickim
Zakładzie Drzewnym.
Otrzymał propozycję nagrania kasety. Początkowo miała to być jedna kaseta,
ale w końcu powstały dwie. Pierwsza z nich, zatytułowana "Dokąd idziesz",
zawiera piosenki autorskie nagrodzone na festiwalach i konkursach piosenki
turystycznej i harcerskiej. Druga zaś pt. "Wędrowiec" jest zbiorem
piosenek śpiewanych chętnie o każdej porze roku, na rajdach, obozach, zimowiskach.
Mimo tak bogatej przeszłości artystycznej, Wiesiek niechętnie o niej mówił.
Nie tak łatwo dał się namówić na wspomnienia
z tamtych lat. Gdy rozmawiałem z Nim kilka lat temu, był pełen entuzjazmu.
Miał wiele planów. Mówił wówczas, że dla Niego najważniejsza jest przyszłość.
Dlatego też nie mogłem i nie mogę zrozumieć tego, co później się stało - Jego
tragicznej śmierci.
Stanisława Ogińska. Nisko
APTEKA W RUDNIKU - MIASTECZKU NAD
SANEM
Miasteczko Rudnik leży na lewym brzegu Sanu w powiecie niżańskim,
w obecnym woj. podkarpackim. Znane jest przede wszystkim z tradycji wikliniarsko-koszykarskich,
które zawdzięczajednemu z właścicieli, hr. Ferdynandowi Hompeschowi.
W latach 70-tych XIX wieku w Rudniku panoszyła się prawdziwa galicyjska bieda,
ludzie utrzymywali się prawie wyłącznie
z rolnictwa. Hrabia Hompesch w 1878 roku założył tu szkołę koszykarską.
Z czasem Rudnik nad Sanem stał się dużym ośrodkiem produkcji meblarsko-koszykarskiej,
a wyroby jego sprzedawano w wielu krajach Europy i Świata za pośrednictwem
domów handlowych w Wiedniu, Pradze i Budapeszcie.
Apteka w Rudniku powstała stosunkowo późno. Przetrwały ciekawe
dokumenty dotyczące okoliczności jej powstania, zamieszczone w lwowskim Czasopiśmie
Towarzystwa Aptekarskiego" w rocznikach XIX (1890 roku) i XX (1891 roku).
W CTA z 20 V 1890 roku ukazało się ogłoszenie następującej treści :
W celu nadania koncesyi na nowo utworzyć się mającą aptekę w Rudniku,
miasteczku tut. powiatu, zezwolonąprawomocnem rozporządzeniem Wysokiego c.k.
Namiestnictwa z dn. 20 V1889 r.L. 30066, rozpisuje się niniej-szem konkurs.
Ubiegający się o koncesyę winni wnieść podanie swe zaopatrzone w dowody kwalifikacyjne
dotychczasowego zatrudnienia, metrykę urodzenia, kartę przynależności, tudzież
świadectwo moralności w przeciągu 4 tygodni, licząc od dnia ogłoszenia niniejszego
konkursu do tut. c.k. Starostwa.
Za rok w numerze z 3 V 1891 roku w rubryce "Wiadomości bieżące"
można było przeczytać :
Koncesyą na otwarcie publicznej aptekil w Rudniku nadaną w
pierwszej instancji p. Leonowi Knettnerowi uchyliło wys. c.k. Namiestnictwo
i reskryptem z dn. 6 marca hr. L 89140 uznało kolegę Wincentego Grabowskiego
jako najgodniejszego
z kompetentów nadając mu zarazem koncesyą na otwarcie nowej publicznej apteki.
Przeciw tej decyzji przysłużą współkompetentom prawo rekursu do wys. c.k.
Ministerstwa.
Redakcja CTA, której naczelnym redaktorem był w tym czasie farmaceuta
o wielkim i nieposzlakowanym autorytecie Wincenty Jabłonowski, była zdecydowanie
po stronie Wincentego Grabowskiego. Mgr Grabowski wykazywał się dłuższym stażem
pracy. Jako dzierżawca przez 10 lat samodzielnie prowadził aptekę w Rozwadowie.
Mgr Leon Knettner miał za sobą tylko 4 lata praktyki zawodowej. Niestety,
w walce o rudnicką aptekę zwyciężył mgr Knettner, którego odwołanie zostało
przyjęte przez wiedeńską biurokrację. Nie wiadomo, jakich użył wpływów i sposobów,
ale to on otrzymał koncesję na otwarcie apteki w Rudniku, co z wyraźną goryczą
potwierdziła redakcja CTA w numerze 8-10 z 3. VIII. 1891 roku.
Kolejne informacje na temat rudnickiej apteki można znaleźć w "Wiadomościach
bieżących" CTA nr 12 Lwów z 15 VI 1896 roku.
Gazeta podaje :
Apteka w Rudniku zgorzała doszczętnie. Z Rudnika (pow. Nisko) nam donoszą:
"Dnia 6 czerwca br. o godz. 10-tej rano wybuchł pożar, którego ofiarą
padło 174 domów mieszkalnych, nie licząc stodół oraz innych zabudowań gospodarczych.
W tem nieszczęściu spłonęła również apteka koi. p. Knettnera i to doszczętnie.
Całe urządzenie apteczne "zupełnie nowe, zapasy materiałów w aptece,
piwnicy i na strychu, wreszcie cała fabryka wody sodowej wszystko to stało
się pastwą płomieni!...
Szkoda, jaką koi. Knettner poniósł, wynosi - mimo ubezpieczenia - około 10
tys. zł. Z pierwszą pomocą koleżeńską pospieszyli p. Knetterowi aptekarze
z Rozwadowa, z Niska i z Ulanowa. Za zezwoleniem c. kr. Starostwa otworzył
p. Knettner improwizowaną aptekę w budynku szkolnym.
Ten olbrzymi pożar, jaki dotknął miasteczko 6 VI 1896 roku, zaczął
się od tego, że jeden z mieszkańców w tym dniu odczyniał uroki, okadzając
czarnego byka. Byk potrącił naczynia z rozżarzonym węglem i już nic nie mogło
zapobiec nieszczęściu. Okazuje się, że komendantem straży pożarnej był mgr
Knettner i to on dowodził akcją gaszenia pożaru.
30 strażaków pod jego komendą dzielnie walczyło z ogniem, ale żywioł okazał
się nie do pokonania. Redakcja CTA wystąpiła
z apelem do aptekarzy galicyjskich, aby spieszyli z pomocą dotkniętemu nieszczęściem
koledze.
Na cmentarzu rudnickim znajduje się okazały grobowiec Reischerów,
który jest miejscem wiecznego spoczynku mgr. Leona Knettnera (27 VI 1859 -
18 XII 1907). W grobowcu tym pochowany jest również mgr Klemens Reischer,
który przejął aptekę po Knetterze, a także poślubił wdowę po nim - Karolinę.
Panią Karolinę Reischer pamiętają do tej pory starsi mieszkańcy Rudnika. Zmarła
7 XII 1957 roku i oczywiście również spoczywa w rodzinnym grobowcu. Była przystojną,
postawną kobietą, zawsze elegancko ubraną, jeździła powozem i miała lokaja.
W kościele siadała w kolatorskich ławkach.
Wracając do rudnickiej apteki trzeba powiedzieć, że bardzo ucierpiała
w czasie I wojny światowej. Przez wrzesień
i październik 1914 roku Rudnik był terenem zażartych walk, jakie toczyły tu
ze sobą armie rosyjska i austriacka. Miasto odbudowane po wielkim pożarze
w roku 1896, zostało znowu zniszczone i spalone w 80 procentach. Zniszczona
została plebania, kościół modrzewiowy, ratusz miejski, apteka, synagoga żydowska,
spłonęło aż 367 zabudowań. Toteż w Rudniku wielkim szacunkiem i uznaniem cieszyła
się straż ogniowa. Mgr Reischer należał do Towarzystwa Przyjaciół Straży wraz
z miejscowymi lekarzami: dr Franciszkiem Hernichem i jego synem dr Kazimierzem
Hernichem, ówczesnym dyrektorem Szkoły Koszykarskiej Hoffinanem, nauczycielami
oraz miejscową inteligencją. Sam ówczesny właściciel Rudnika hrabia Hieronim
Tarnowski był prezesem OSP.
Mgr Klemens Reischer urodzony 4 V 1878 roku skończył studia farmaceutyczne
na UJ w Krakowie w roku 1900.
Zmarł 2 IV 1936r.
W "Kalendarzu Farmaceutycznym" z roku 1931 figuruje
apteka w Rudniku, jako własność mgr. Klemensa Leona Reischera, zarządzającym
apteką jest mgr Mieczysław Lewiński, który ukończył studia farmaceutyczne
we Lwowie w roku 1895.
W tym czasie w rudnickiej aptece pracowała również absolwentka
UJ w Krakowie z 1926 roku mgr R. Brawówna.
Od 1 VII 1931 roku podjął pracę w aptece w Rudniku mgr Piotr Derlatka urodzony
30 VI 1898 r. w osadzie Wielkawieś w woj. kieleckim. Po ukończeniu gimnazjum
w Puławach rozpoczął praktykę w aptece J. Krzanowskiego w Kielcach. Dyplom
pomocnika aptekarskiego uzyskał w 1918 roku w Warszawie, gdzie odbył też służbę
wojskową. Od października 1922 roku studiował farmację na UJ w Krakowie. Dyplom
mgr farmacji uzyskał w dniu 1 VII 1925 roku i podjął pracę w aptece "Pod
Koroną" w Krakowie. Równocześnie otrzymał asystenturę w Katedrze Farmacji
Stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim.
W 1931 roku wraz z żoną Ireną, również magistrem farmacji, wyjechał z Krakowa
i osiedlił się na stałe w Rudniku nad Sanem. W czasie agresji hitlerowskiej
na Polskę w 1939 roku, podczas działań obronnych w Przemyślu, został ciężko
ranny. Do dnia 23 IV 1940 roku przebywał w obozie jenieckim w Przemyślu. Po
powrocie z niewoli wrócił do Rudnika i podjął pracę w aptece. Od 1 VII 1940
roku objął dzierżawę i zarząd tej apteki, która w spisie aptekarzy Generalnego
Gubernatorstwa nazwana
jest Apteką św. Stanisława. W czasie wojny - w konspiracji - jako podporucznik
podlegał oficerowi służby zdrowia. Wraz
z żoną Ireną zaopatrywali organizację w leki, środki opatrunkowe oraz pieniądze.
Na strychu w aptece był skład leków, opatrunków i broni. Apteka pełniła w
latach 1942-1944 stały dyżur i partyzanckie pogotowie apteczne. Po przejęciu
apteki
w 1951 roku na własność państwa mgr Derlatka pozostał na stanowisku kierownika
Apteki Społecznej nr 58 w Rudniku.
Po 55 latach pracy zawodowej przeszedł z dniem 1 I 1970 roku na zasłużoną
emeryturę. Mieszkańcy Rudnika dobrze wspominają Piotra Derlatkę. W ich pamięci
pozostał jako starszy, kulturalny i szarmancki pan, który służył radą i pomocą,
był przyjacielem młodzieży, wielu młodym farmaceutom pomagał stawiać pierwsze
kroki w zawodzie. Za wieloletnią i ofiarną pracę otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi,
Złotą Odznakę "Za wzorowąpracę w Służbie Zdrowia" oraz Honorowe
Obywatelstwo Miasta Rudnika. Zmarł 28 czerwca 1977 roku w Krakowie.
Książka personelu Apteki nr 58 w Rudniku jest niekompletna. Wymienia
między innymi mgr Zbigniewę Horbowy urodzoną 1 IV 1903 roku w Stanisławowie,
posiadającą dyplom magistra farmacji z 21 X 1926 roku wydany przez UJ w Krakowie.
Pracowała w Rudniku od 21 VIII 1947 roku do 15 VIII 1953 roku Pani mgr Irena
Derlatka zd. Królewska uzyskała dyplom magistra farmacji w dniu 13 XII 1929
roku na UJ w Krakowie. Data rozpoczęcia jej pracy w aptece rudnickiej to 1
VII 1957 roku, daty zaprzestania brak informacji. Prowizor Władysław Tomczak
pracował w Rudniku w czasie wojny od 15 XII 1942 roku do 20 VII 1944 roku
technik farmacji Alicja Bartosiewicz pracowała od 161 1950 roku do 28 II 1959
roku.
Lista personelu apteki zawiera kolejne nazwiska :
Tadeusz Radzik, Barbara Sozańska, Julia Jednacz, Anna Błaszczak-Sztaba,
Anna Kowalska (2011953 - 30IV 1963), Henryk Kapuśniak-mgr farmacji (1IV 1959-30IX
1959), Danuta Niedźwiedź (4 III 1953-11 IX 1953), Elżbieta Sikorska (l X 1961-31
VIII 1963), Elżbieta Burdza (1 V 1963), Zofia Socha (1 1X1963).
Księgowość w aptece prowadzili: Jan Welecki od 1 VII 1951 roku do 30 VI 1958
roku, emerytowany major, spokrewniony
z Karoliną Reischer, a od 1 VII 1958 roku Feliks
Szast.
Po odejściu Piotra DerLatki na emeryturę od 1 VII 1970 roku kierownictwo apteki
nr 58 w Rudniku objęła mgr Eleonora Oczkowska, absolwentka AM w Lublinie.
Od 1 X 1973 roku do 1 I 1980 roku pracowała w rudnickiej aptece mgr Maria
Bazan, która w 1973 roku ukończyła AM w Lublinie.
W roku 1975 w wyniku reformy administracyjnej kraju Apteka nr 58 przeszła
z Rzeszowskiego Zarządu Aptek pod zarząd PZF "Cefarm" w Kielcach
i zmieniła nazwę na aptekę nr 83-021.
W kwietniu 1977 roku mgr Eleonora Oczkowska odeszła z rudnickiej apteki i
podjęła pracy w Aptece 83-015 w Nisku, jako zastępca kierownika.
Jej miejsce w aptece w Rudniku zajął mgr Jerzy Dziduszko, absolwent AM w Lublinie
z roku 1976, pracujący w Rudniku od czasu skończenia studiów, czyli od 15
IX 1976 roku w aptece pracowały również technik farmacji: Emilia Kossak od
1 IX 1969 roku, technik farmacji Janina Łazorko zd. Ramocka od 1 I 1973 roku
oraz technik farmacji Barbara Torba zd. Lefanowicz
w latach 1 I 1980 roku-31 VII 1991 roku. Od 1 kwietnia 1988 roku rozpoczęła
pracę w rudnickiej aptece mgr Dorota Sawicka, absolwentka AM w Lublinie z
1986 roku.
Od 1 VII 1991 roku mgr Jerzy Dziduszko, po odkupieniu apteki od kieleckiego
"Cefarmu", podjął samodzielną działalność gospodarczą. W dniu 9
III 1992 roku zatrudnił w swojej aptece technika farmacji Barbarę Torba.
Apteka zakończyła działalność 31 grudnia 2000 roku. Mgr Jerzy Dziduszko przebywa
obecnie na rencie. W Rudniku jeszcze do niedawna funkcjonowały dwie nowe apteki
przy ul. Sandomierskiej i przy ul. Rynek. Apteka przy ul. Sandomierskiej,
będąca własnością dr. Henryka Ptasińskiego, została przeniesiona do Stalowej
Woli. W grudniu 2004 roku otwarto kolejną aptekę, przy ul. Mickiewicza.
Przypisy:
Bronisław Chlebowski. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów
słowiańskich. Warszawa 1880.
Zofia i Zdzisław Chmiel. Historia jednego miasta nad Sanem. Rudnik. 1998.
Farmacja Polska nr 9/XXXVI z września 1980. Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich.
Warszawa.
Kalendarz Farmaceutyczny na rok 1931, część II, rocznik XI.
Książka personelu fachowego Apteki Społecznej nr 58 i 83 - 021 w Rudniku nad
Sanem Rocznik Farmaceutyczny 1949/50. Nakładem Farmaceutycznego Instytutu
Wydawniczego Naczelnej Izby aptekarskiej im. prof. Koskowskiego. Warszawa
ul. Długa 16. Jacek Szurek. O pożarze Rudnika w 1896 roku. Tygodnik Sztafeta
nr 48 (1772) z dnia 30 listopada 2000r
Jacek Szurek. U początków apteki w Rudniku nad Sanem. Tygodnik Sztafeta nr
4(1829) z 24 stycznia 2002r.
Apotheker-VerzeichnisdesGeneralgouvemements - Spis aptekarzy Generalnego Gubernatorstwa.
Kraków. 1942.
Ewa Witkowska
LICZYLIŚMY NA TRZECIĄ
WOJNĘ ŚWIATOWĄ
W 1947 roku uczniowie Państwowego Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego
w Rudniku nad Sanem podjęli decyzję
o utworzeniu podziemnej, patriotycznej organizacji młodzieżowej o nazwie "Orlęta".
Zastępcą Komendanta Głównego "Orląt" był Pan Lesław Popowicz
pseudonim "Lis". Bohater i więzień polityczny.
Jak wspomina Pan drugą wojnę światową ?
Pamiętam dobrze te czasy. W chwili wybuchu wojny mieszkaliśmy w Łętowi.
Miałem wówczas dziewięć lat. Pamiętam nawet śmierć Piłsudskiego. Mieliśmy
radio na detektorze, słuchawki zakładało się na uszy. Wieczorem, gdy położyłem
się spać, ojciec obudził matkę i powiedział: "Wiesz ...Piłsudski umarł".
Był to rok 1935.
1939 rok też dobrze pamiętam. Wielu ludzi z Rudnika przyjechało do nas. Od
hrabiego Tarnowskiego też. Tam pracował mój ojciec. Mówili, że w Rudniku niewiadomo
co Niemcy będą robić. Było dużo ziemiaństwa, członków rodów arystokratycznych,
którzy uchodzili ze wschodu, bojąc się "bolszewików".
17 września 1939 roku wojska radzieckie weszły do Polski. Jaka
była opinia wśród ludzi ?
Wiedzieli od razu, że to drugi okupant, czy też mieli nadzieję, że Rosjanie
przyszli nam pomóc ?
Ogólnie wiedzieli, ale np. Żydzi-socjaliści, pierwsi komuniści chyba
nie zdawali sobie sprawy. Oczekiwali ich nawet. Nie trzeba było długo czekać
na potwierdzenie zachowania się Armii Czerwonej. Rudnik był takim żydowskim
miasteczkiem. Tylko trzy sklepy w rynku były "katolickie"- tak mówiliśmy
wówczas. Była jeszcze restauracja. Właścicielem był niejaki Boryczko. Posiadał
on nieduży majątek za Sanem. Gdy Rosjanie wkroczyli to całą rodzinę wymordowali.
Czy tuż po wkroczeniu Niemcy stosowali jakieś szczególne represje,
terror ?
Jeżeli chodzi o Łętownię i okolice. Cóż. Byli tam już jeńcy polscy.
Niemcy ich pilnowali, ale nie było jakiegoś specjalnego reżimu. Rozstrzeliwali,
ale złodziei. Nie było jeszcze organizacji niepodległościowych. Złapanych
oficerów zaprowadzali ich do oflagu.
Niemcy w tych pierwszych dniach nie rozstrzeliwali ludności cywilnej.
Przynajmniej nie u nas. Były rodziny niemieckie np.
w Koziarni, ale oni się już tak spolszczyli, że nie chcieli się wpisywać na
listę volksdeut-scha. Byli za to represjonowani - ci, którzy się wpisywali
mieli przywileje. Później po powstaniu Armii Krajowej i innych organizacji
niepodległościowych były już rozstrzeliwania m.in. na rynku w Rudniku. Ojciec
mój był w Armii Austriackiej, a gdy powstały Legiony, to już w Wojsku Polskim.
Znał dobrze język niemiecki. Pamiętam, gdy Niemcy szli już na wschód na wojnę
z Rosją, to zatrzymywali się na odpoczynek. U nas w domu nocowali oficerowie.
Żołnierze robili sobie z pałatek namioty i spali w lesie. Pamiętam butnego
podpułkownika. Mył się obok studni i zostawił tam złotą obrączkę i zegarek.
I ja to znalazłem. Dałem ojcu, który zwrócił go podpułkownikowi. Ten bardzo
zdziwił się, że Polacy są tacy uczciwi. Dostałem za to czekoladę.
Jak wyglądało życie rodzinne w tym okresie ?
Było specyficzne. W zasadzie wojny nie odczuliśmy dotkliwie. Mieszkaliśmy
w leśniczówce. Hodowaliśmy bydło, pracowaliśmy w polu. Do Rudnika dostarczaliśmy
produkty, m. in. mleko. W 1939 roku matka zanosiła je do wagonów transportujących
naszych żołnierzy. Mieliśmy siedem krów, więc mleka było dużo. Głodu nie odczuwaliśmy.
Nie było mydła, ani cukru. Za zabicie wieprzka groziła kara śmierci, ale bili
wszyscy. Społeczeństwo było zintegrowane. Po 1944 roku było już inaczej. Wtedy
za inne poglądy kolega wydawał kolegę.
Święta. Jak spędzaliście święta ?
Pasterki nie było, bo Niemcy zakazali. Była godzina policyjna.
W domu mieliśmy choinkę. Jeździliśmy na sankach. Pamiętam jeszcze, że wielu
się u nas "przechowywało". Np. kapitan Czarny z Rudnika. Zawsze
był też ktoś z oficerów.
Co Pan może powiedzie o powojennych czasach ?
Przed wojną skończyłem drugą klasę. Jeszcze w 1944 roku chodziłem
na lekcje do nauczyciela. Poszedłem do szóstej klasy. Ukończyłem ją i zdawałem
do gimnazjum. Był to rok 1945. W Gimnazjum były dwa języki obce: angielski
i łacina. Później zdawałem do liceum. W drugiej klasie już w 1947 roku powstała
niepodległościowa organizacja "Orlęta".
Jak doszło do powstania tej organizacji ?
Przede wszystkim - jak całe społeczeństwo- liczyliśmy na trzecią
wojnę. Nie wierzyliśmy, że ten układ może pozostać. Mocno odczuliśmy tego
"okupanta". Z tych terenów dużo ludzi wywozili na Sybir. Zaraz po
wojnie - my młodzież-należeliśmy do harcerstwa. I to było jeszcze na zasadach
przedwojennych. To była bardzo patriotyczna organizacja. Początkowo komuniści
mieli ważniejsze sprawy i młodzieżą się nie interesowali. Ale przyszedł rok
1947, tuż po wyborach. Wydawaliśmy gazetkę "Pobudka". Już w 1948
roku pisaliśmy, że komuniści starali się nam wmówić, że w Katyniu mordowali
Niemcy. Byłem później oskarżony o współpracę z Niemcami - że to niby broniłem
Niemców. Mieliśmy książki przedwojenne. Takie polskie. Patriotyczne. A oni
z polskością walczyli. Nie mogliśmy się z tym pogodzić. Myśleliśmy, że będzie
trzecia wojna światowa. Dlatego powstała nasza organizacja. Miała charakter
zbrojny, ale nie wojskowy. Mieliśmy placówki, później oddziały. Organizacja
obejmowała część województwa lubelskiego i dawnego rzeszowskiego. Oprócz Rudnika,
duży oddział był
w Łańcucie oraz w Brzozowie. Byliśmy więc dość rozprzestrzenieni. Była Komenda
Główna. Nasza organizacja była największą organizacją młodzieżową. Później
Urząd Bezpieczeństwa nas rozpracował. Jeden z nas zdradził.
Jaki mieliście program? Jakie zadania wykonywaliście ?
Przede wszystkim mały sabotaż, jak to się nazywało za okupacji.
Zrywaliśmy flagi czerwone, transparenty, plakaty o treści komunistycznej,
rozpędzaliśmy wiece. Np. w Bielinach został rozpędzony wiec, gdzie chciano
założyć spółdzielnię produkcyjną, taki kołchoz. Ostatecznie spółdzielnia nie
powstała. Straszyliśmy tych działaczy PPR-u, ponieważ donosili do UB. Na milicjanta,
który miał służbę na posterunku w Krzeszowie wydaliśmy wyrok śmierci. Udało
mu się ujść. Przenieśli go w inne strony. To był straszny sadysta. Gdy złapał
jakiegoś członka organizacji niepodległościowej, to nie czekał - bił, a później
oddawał UB. Jeszcze za okupacji, jak Niemcy złapali dziecko żydowskie, to
on je za nóżki wziął i obok samochodu roztrzaskał.
Po zatrzymaniu nas prokurator żądał dla komendanta kary śmierci, a dla mnie
dożywocie. W rezultacie komendant dostał 15 lat więzienia, ja 12.
Co mógłby Pan opowiedzieć o pobycie w więzieniu ?
Śledztwo trwało sześć miesięcy. Prowadził je Wojewódzki Urząd
Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie. Zaraz po aresztowaniu przyjechał szef
wojewódzkiego UB i już w Nisku mnie pobili. Później powiedział, że "tu
cię bandy mogą rozwalić, a my damy cię na zachód, tam szkołę skończysz i będziesz
u nas pracował, czy też jakieś inne stanowisko zajmował, ale wszystko masz
powiedzieć".
Cały czas twierdziłem, że to jakaś pomyłka. A on mi dał słowo oficera radzieckiego,
że będę zwolniony i pojadę na zachód. Następnie przewozili nas do Łańcuta.
Później znów znalazłem się w UB w Rzeszowie. Podczas przesłuchania mówili
"słuchaj tyś młody, wydaj swoich przełożonych, my cię puścimy".
Przychodzili następni oprawcy i to trwało 11,18 godzin, 24, 30.
Na "operatywie" chodziło im o to by rozpracować siatkę. Później
był kolejny etap. Tam już był język bardzo wulgarny. Zatrzymani przyznawali
się do wszystkiego. Nawet, że "Pana Tadeusza" napisali. Było osiem
pokoi. W każdym z nich przesłuchiwał śledczy. Było tam czterech, co bili,
kopali, koc zarzucali na głowę, żeby skóry nie poprzecinać. Najgorsze było
to, jak się zbliżali. Bliżej, bliżej, coraz bliżej. Jak już zaczęli bić, to
już jakoś było. Obowiązywała podstawowa zasada -jak najbliżej plecami do ściany.
Żeby nerek nie poodbijali. Można było trafić do karcą. To było takie korytko
wyżłobione. Wody tam nalali, żeby sobie nie usiąść. I tak przez dwadzieścia
cztery godziny. Różne mieli metody. Paznokcie wyłuskiwali w drzwiach, albo
obcasami. Widziałem takiego jednego we Wronkach, co miał palce już takie okrągłe,
zmiażdżone.
Najgorszym okresem był pobyt we Wronkach. Takich chłopców w wieku
15 - 16 lat umierało tygodniowo około piętnastu - na gruźlicę. Ta sprawa znalazła
się nawet się w ONZ. Na śniadanie dostawaliśmy coś w rodzaju kawy i kawałeczek
chleba.
Na obiad cztery razy w tygodniu była kasza jęczmienna, spleśniała, bo przeważnie
były to odrzuty z wojska. Kasza była maszczona dorszem. Na kolację, gdy brukiew
zaczęła we wrześniu, to jedliśmy ją do maja. W czasie Bożego Narodzenia, nie
można było śpiewać kolęd.
W którym roku Pan wyszedł z więzienia ?
W 1957 roku. Po 1989 roku miałem sprawę. Uznano mnie za więźnia
politycznego. Do tego roku w nomenklaturze PRL-u byłem bandytą.